Rok temu w okolicach moich urodzin napisałam na facebooku nieśmiało swoje marzenia i plany – m.in. o podjęciu ważnej dla mnie decyzji dalszej drogi zawodowej i tym, by mieszkać kiedyś część życia we Włoszech. Dostałam bardzo dużo dobrych życzeń i kciuków za moje plany od przyjaznych ludzi.

Minął rok. Dobry i momentami trudny. Znów dużo się działo, choć prawie nic z tego nie udostępniałam w świecie on-line. Mam duży kłopot z dzieleniem się moim prywatnym życiem i codziennością na łamach Fb i Instagrama. Wolę zachować to dla siebie i bliskich, mimo, że zasięgi i wskaźniki oglądalności moich profili byłyby dużo większe. Zawodowo też mało publikowałam na blogu – ilość pracy (coachingi z Wami, szkolenia biznesowe, wyjazdy) w tym roku zabrała czas na pisanie. Ale teraz nadrabiam.

Dostaję czasem od Was maile, co u mnie słychać i czemu jestem mniej aktywna w sieci – ten post to takie podsumowanie tego, jak teraz to wszystko wygląda. Mam nadzieję, że znajdziecie tu trochę inspiracji dla siebie. Będzie dosyć emocjonalnie, rozwojowo i może zaskakująco.

MOJE URODZINY

W tym roku świętowałam je w Londynie i potem w Warszawie. Czas z bliskimi osobami. Zaraz po urodzinach naszła mnie nostalgia i słabe samopoczucie. Mały kryzys egzystencjalny. Przeczytałam kiedyś u Irvina Yaloma – amerykańskiego profesora ze Stanford University i jednego z najbardziej cenionych współczesnych psychoterapeutów, że rocznica urodzin często otwiera u ludzi egzystencjalne lęki i że może to być dobry moment na refleksje o życiu. A więc dopadł mnie dół. Że mam już 35 lat. Że życie płynie za szybko. Że ostatnio nie mam energii i jestem zmęczona. Że jestem coraz starsza, choć ciągle wydaje mi się, że mam 28 lat. Że nie wiem, czy dobre życiowe decyzje podejmuję, itd. Tak, takie myśli i samopoczucie zdarzają się też takim osobom jak ja – które zawodowo zajmują się pomocą psychologiczną dla innych. Nie zawsze jestem szczęśliwa i czasem mam gorszy czas w życiu – jak każdy.

W takich momentach zaszywam się na kilka dni w domu. Leżę, czytam, śpię, oglądam filmy, gotuję, robię maseczki na twarz. Niechętnie rozmawiam i właściwie nic konkretnego nie robię. Trochę przeczekuję ten czas, a trochę układam sobie w głowie ten chaos i lęki. Dużo rozmyślam i próbuję nawiązać kontakt z tym, o co mi chodzi i jakie są źródła tego stanu. Często właśnie lęk jest tym, co wywołuje u ludzi gorsze samopoczucie i brak energii. To uczucie powoduje zatrzymanie w miejscu, czasem zmrożenie, brak możliwości ruchu. W głowie powstają scenariusze, niejednokrotnie straszymy siebie samych czarnymi wizjami, które nigdy nie nastąpią. U mnie tak to działa. Dopada mnie uczucie lęku, bezsilności, braku wiary.

Wtedy zadaję sobie pytanie: Czego się właściwie boisz? Biorę zeszyt i zapisuję te wszystkie moje lęki i strachy.

Nie staram się ich zwalczać czy wypierać. Być może ten lęk to informacja. Przyjmuję to, co jest, choć to niełatwe. Po prostu piszę, czego się boję. To bardzo prywatna chwila, często są to irracjonalne i mało mądre sprawy, ale właśnie zwykle tak z lękiem bywa. Nie ma on większego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Co daje mi pisanie? Jakąś dziwną ulgę, to co nazwane, traci na sile. Często mi to pomaga. A czasem nie, więc jestem sobie z tym lękiem dalej. Wierzę, że kiedyś przejdzie. I przypominam sobie stwierdzenie, które usłyszałam od mojej nauczycielki zawodu psychoterapeuty, która swoim łagodnym i pewnym głosem mi powtarza: „Agnieszko… Świat jest większy niż Twój lęk, zaufaj temu…”. Staram się, pomaga.

Wróćmy do pourodzinowych refleksji. Rok temu z okazji urodzin życzyłam sobie, że chciałabym część każdego roku spędzać we Włoszech i że chcę podjąć decyzję odnośnie dalszego mojego kształcenia się. Zadziwiająco i w sposób dla mnie niezrozumiały te 2 marzenia, które jeszcze wtedy były mgliste i mało realne – przez ten rok zaczęły się spełniać. Po 10 latach, wreszcie, podjęłam decyzję, że chcę być psychoterapeutą. Coaching jest fajny, daje duże możliwości, ale czasem w gabinecie czuję, że nie dla wszystkich jest to forma pomocy. Że niektóre osoby potrzebują po prostu terapii. A ja potrzebuję solidnego dokształcenia w tym temacie. Co prawda skończyłam 2-letnie szkolenie z pomocy psychologicznej i pracy z grupami, jestem trenerem od lat, ale to za mało, by pomagać ludziom psychoterapeutycznie. Nagle ta decyzja wreszcie się urealniła – złożyłam papiery o przyjęcie do Szkoły, z wielkim strachem (znów ten lęk), jak sobie poradzę czasowo, finansowo i emocjonalnie – bo w każdym z tych wymiarów to duże zobowiązanie. Potem przeszłam rekrutację i kilka zjazdów Szkoły już za mną. Czuję, że to dobra decyzja, mimo, że zwlekałam z nią długo. Jaki z tego morał?

Że niektóre sprawy wymagają czasu i momentu, aby zacząć. Czasem nawet wielu lat. Ale jeśli ma się to ułożyć i masz iść w jakimś kierunku – to się wydarzy, nawet jeśli trwa to dłużej niż założyłaś. Pojawi się splot sprzyjających okoliczności, energia do działania itd. Świat będzie ci sprzyjał i będziesz to czuła. Ale najpierw… Take it easy… powtarzam sobie 🙂

A jak to jest z Italią? Pytacie mnie czasem, czemu tyle włoskich zdjęć u mnie na fb i blogu i czy mam na Sardynii dom (niestety nie, choć to moje marzenie). Cóż… moja włoska przygoda trwa. Też poprzez splot różnych dziwnych wydarzeń znalazłam tam przyjaciół. Często podróżuję na Sardynię, gdzie mieszka zaprzyjaźniona rodzina. To wielkie szczęście dla mnie móc uczestniczyć w prawdziwym życiu Włochów. W ich świętach Bożego Narodzenia (pierwszy raz w drugi dzień Świąt jadłam mule), porannym espresso, zakupach mandarynek i karczochów na targu, oglądaniu telewizji śniadaniowej i wieczornych spacerach po Cagliari. Pić z nimi sardyńskie prosecco i razem przyrządzać pasta al forno (czyli lazanię). Patrzeć, jak się kłócą, machają rękami (to nie stereotypy) oraz całują czule każdego na przywitanie. Oraz uczestniczyć w ich niekończących się rozmowach (nadal niewiele rozumiem, ale uczę się włoskiego). Byłam też w kilku włoskich urzędach, na poczcie, w szpitalach i kościołach. Wszędzie ludzie są jakoś tak bliżej siebie i w kontakcie emocjonalnym. Uwielbiam skrawki życia tam. I to uczucie bycia widzianą i bycia częścią społeczności, za którymi jakoś w Polsce tęsknię, mimo, że mam tu przyjaciół i mnóstwo bliskich znajomych. Oczywiście, Włosi, jak każdy naród, mają swoje ciemniejsze strony i jestem daleka od idealizacji, ale ja po prostu dobrze się tam czuję. Myślę, że to mój drugi dom. Do którego chcę trochę przenosić moje życie zawodowe w wakacyjnych miesiącach, gdy w Polsce urlopy. W to lato, na początku września, planuję 2 wyjazdy dla osób, które chcą połączyć relaks z rozwojem. Może zabierzesz się ze mną?

Pierwszy z nich to tygodniowy Wyjazd rozwojowo-relaksacyjny dla kobiet, pt. „Zmysłowa, kobieca, pewna swojej wartości”. Warsztaty, celebracja życia, relaks na niesamowitej Sardynii. (31 sierpnia – 7 września). Wynajęłam dom z tarasem w pięknym miejscu, nad samym morzem na południu wyspy, niedaleko kameralnej plaży z błękitną wodą i spacerem do miasteczka z włoskimi knajpkami, kawą, lodami i ślicznym małym portem. Wyjazd jest dla kobiet, które chcą się wzmocnić, uwierzyć w siebie i dostrzec swoje zasoby, poczuć zmysłowość i kobiecość. Które chcą się nauczyć bardziej dbać o swoje potrzeby i granice. Które chcą się dobrze bawić, celebrować życie w cudownym włoskim stylu, a do Polski wrócić wypoczęte, napełnione gorącym włoskim słońcem i nową energią do działania. Będziemy pracować w nad sobą w lekkiej atmosferze, a po warsztatach spędzać czas z innymi kobietami na plażowaniu i błogim odpoczynku, zwiedzaniu wyspy i przyjemnym włoskim życiu. Zapraszam Cię, jeśli czujesz, że chcesz w te wakacje zrobić coś dla siebie i odpocząć w słonecznym śródziemnomorskim klimacie. Tutaj cały program

Taki mamy widok z ogrodu w domu, gdzie będziemy mieszkać i gdzie odbędą się warsztaty.

W drugim tygodniu września – 7-14.09 (do tego samego domu) zaprosiłam Agnieszkę Passendorfer – super nauczycielkę jogi, autorkę książki „13 lekcji jogi” i redaktor naczelną miesięcznika Joga, aby poprowadziła Obóz Jogi (2 sesje jogi dziennie, relaksacja/medytacja, odpoczynek w domu nad morzem i zwiedzanie wyspy dla chętnych).  Znam Agnieszkę od wielu lat, chodziłam do niej stacjonarnie na zajęcia w Warszawie i zawsze po sesjach z nią czułam się naprawdę dobrze. Fizycznie i psychicznie. Aga jakoś tak dobiera asany, że moje ciało jest potem jednocześnie wyciszone, luźne i mocno doenergetyzowane, a umysł bardzo spokojny. Chodziłam na jogę do wielu nauczycieli, ale sesje u Agi robią dużą różnicę. Na Sardynii 2 razy dziennie Agnieszka będzie prowadziła jogę, na tarasie, może na plaży, wśród szumu fal i z pięknymi widokami. Jest to wyjazd dla osób już praktykujących oraz dla tych, co chcą dopiero spróbować. W trakcie dnia jest czas wolny na wakacyjny odpoczynek, pływanie w lazurowym morzu, zwiedzanie wyspy, okoliczne włoskie knajpki.

Zapraszam Was na jeden lub 2 tygodnie do tego pięknego miejsca niedaleko Porto Pino.

Tutaj zobaczycie więcej zdjęć z domu i okolicy. A tutaj cały program pobytu jogowego.

Jeśli chcesz zarezerwować miejsce, o coś zapytać albo żebym Ci opowiedziała o wyjeździe/Sardynii, dzwoń lub pisz śmiało: Agnieszka – agaswirska@gmail.com, tel. 693 716 484. Miejsc jest niewiele, bo wyjazdy są kameralne, także nie zwlekaj. 
Pozdrawiam Was serdecznie, być może do zobaczenia wkrótce. A na blogu niedługo post o tematach miłosnych 🙂